Ua Pl En
Brian Jagde (Werter), Irina Żytyńska (Charlotte), Fot. Marek Grotowski

Werther obudzony

Teatr Wielki w Poznaniu

Pierwsze prĂłby kompozytorskie Klaudiusza Debussy'ego - jak donosiła Czajkowskiemu pani von Meck - "pachniały Massenetem". Niewiele lat pĂłźniej Debussy, już jako absolwent Konserwatorium (z kilkoma niedokończonymi operami w szufladzie), pisał do swego mecenasa, księcia AndrĂŠ Poniatowskiego: "mieliśmy właśnie Wertera Masseneta, gdzie można było stwierdzić szczegĂłlnego rodzaju mistrzostwo w zaspokajaniu wszelkich idiotyzmĂłw oraz poetyckiej i lirycznej potrzeby taniej amatorszczyzny. Nie przebiera się tam w środkach, a co gorsza, ten pożałowania godny nawyk polegający na braniu jakiejś rzeczy samej w sobie dobrej i przerabianiu jej ducha na łatwiutkie i milutkie czułostkowości - toć to przecież nic innego jak historia Fausta zarżniętego przez Gounoda czy Hamleta zepsutego wielce niefortunnie przez p. Am. Thomasa. Doprawdy, potępia się ludzi, ktĂłrzy w pogoni za zyskiem fałszują banknoty, a nie myśli o tych, co robią podobnie i dla tego samego lukratywnego celu."

Opinia Debussy'ego o cenionym twĂłrcy oper wydaje się niezbyt sprawiedliwa i sprawia wrażenie, jakby jej autor nie bardzo rozumiał, czym jest adaptacja. Na szczęście publiczność operowa w sprawach relacji literacko-muzycznych nie dzieli włosa na czworo i Massenet, jak przed stu laty, tak i dziś, pozostaje kompozytorem lubianym. Może bardziej lubianym niż szanowanym, ale to wystarcza. Co najmniej dwie spośrĂłd jego 29 oper, Manon i Werther, osiągnęły zgoła status dzieł "kultowych" i nieprzerwanie utrzymują się w światowym repertuarze, o frankofońskich teatrach nie wspominając. Nam jednak do świata wciąż w tej kwestii daleko, jako że nazwisko Masseneta od wielu dziesiątkĂłw lat w ogĂłle nie pojawia się w naszym skromnym repertuarze operowym. Werthera grano ostatnio w Poznaniu dziewięćdziesiąt lat temu, na warszawską scenę nie powrĂłcił, jak się zdaje, od 109 lat, kiedy to gościł na niej po raz pierwszy i ostatni. Warto jednak przy okazji przypomnieć, że nadal czeka na polską premierę arcydzieło jego surowego krytyka.

Skądinąd: przyszły twĂłrca Peleasa i Melizandy w cytowanym fragmencie dotknął istoty rzeczy, choć ją osobliwie ocenił. Przekład literatury na libretto nie może być operacją bezbolesną, cĂłż dopiero, gdy przedmiotem adaptacji jest powieść epistolarna, pisana z perspektywy obserwującego "ja". W takiej sytuacji zmieniają się nawet relacje między postaciami. W Wertherze najbardziej rażące wydawało się odstępstwo od oryginalnego zakończenia, po dziś dzień stanowiące przedmiot ironicznych komentarzy. U Goethego śmierć Wertera jest samotna i stanowi jedynie przedmiot suchej, kilkuwierszowej relacji, przez co wymowa całości staje się szczegĂłlnie przejmująca. Massenet stara się jednak (wraz ze swymi librecistami), uczynić zadość operowej konwencji. Dla "domknięcia" swej wersji, podkreślenia jej tragicznego wydźwięku, potrzebuje ostatecznego spotkania bohaterĂłw, toteż jego Werter będzie długo i melodyjnie umierać w objęciach Charlotty, ktĂłra z miłosnym wyznaniem spĂłźniła się o kilka chwil. CĂłż, każdy gatunek ma swoje prawa i konwencje. Trzeba by mieć serce z kamienia, a przynajmniej, jak Debussy, niezłomne przekonanie o słuszności własnych racji, by grzechĂłw kompozytora nie odpuścić pod wpływem czarującej muzyki, ktĂłrej urok zasadza się w większej mierze na pomysłowej i szlachetnej harmonii oraz barwnej instrumentacji niż pięknych melodiach.

Złożoność, finezja i powściągliwa elegancja języka muzycznego Masseneta to cechy, ktĂłre w gruncie rzeczy powinny być bliskie Debussy'emu. Ciekawe, czy okażą się bliskie polskiej publiczności operowej, ktĂłra epokę Masseneta kojarzy raczej z plakatowymi namiętnościami pĂłźnego Verdiego i werystĂłw.

Werther należy do dzieł, ktĂłrych los zależy od głĂłwnego solisty. Jeśli nie spełni pokładanych w nim oczekiwań - cały spektakl na nic. Na szczęście Ăłw głĂłwny filar spektaklu nie zawiĂłdł. Brian Jagde, młody Amerykanin o znacznych możliwościach głosowych, w tej chwili stypendysta prestiżowego programu kształcenia narybku przy Operze w San Francisco, ledwie w ubiegłym roku z barytona przedzierzgnął się w tenora. W jego głosie wyczuwa się wyraźnie Ăłw ciemniejszy, metalicznie nacechowany koloryt, ktĂłry do partii umiejscowionej w pĂłł drogi między biegunami liryzmu i dramatyzmu lepiej pasuje niż słodkie lirico spinto. Nie powinien raczej przesadzać z wibracją i wolumenem brzmienia, ale ważniejsze, że posiadł tak ważną w roli Wertera umiejętność niuansowania, tworzenia psychologicznego portretu za pomocą zrĂłżnicowanych odcieni ekspresji wokalnej (śpiewanie tytułowej roli "drewnianym" głosem, to najgorsze, co może się Wertherowi przydarzyć, vide przypadek Bocellego).

Nie przyniosły zatem zawodu wszystkie kluczowe momenty partii Wertera, wśrĂłd nich "O nature", "RÄve! Extase! Bonheur!", "Oui, c'est moi", a na ich czele oczywiście głĂłwny przebĂłj, fragment z Pieśni Osjana "Pourquoi me rĂŠveiller" - ktĂłry otrzymał kształt dźwiękowy godny swego znaczenia. Daleko stąd jeszcze do legendarnych kreacji Georgesa Thilla czy Alfredo Krausa, bo trzeba jednak pamiętać, że rola Wertera wymaga, paradoksalnie, artystycznej dojrzałości raczej nieosiągalnej w wieku "werterowskim", ale kierunek, w jakim zmierza młody Amerykanin, wydaje się właściwy. Co do ekspresji aktorskiej - sporo musi się jeszcze nauczyć, choć i niezręczność gestĂłw jego rosłej postaci, tkwiącej pośrodku sceny w okropnym paltocie w kratę (oczywiście trzeci akt, "jesienny") mogłaby rozczulić niejedną miłośniczkę sztuki operowej.

W ogĂłle poziom muzyczny naszego pierwszego od 90 lat Werthera dał publiczności - w konsekwencji także wykonawcom i realizatorom - powody do zadowolenia. Grono solistĂłw cieszyło wysokim, wyrĂłwnanym poziomem sztuki wokalnej, nie do przecenienia zwłaszcza w odniesieniu do pierwszoplanowego "czworokąta". Wokalnie nieskazitelną, aktorsko przekonującą Charlottą (ktĂłra w ujęciu Masseneta jest postacią bardziej złożoną i nie tak bierną, jak jej pierwowzĂłr u Goethego) była Irina Żytyńska, młoda Ukrainka od paru lat śpiewająca w Operze Wrocławskiej, chyba najcenniejszy w ostatnich latach zagraniczny nabytek polskiego teatru operowego. Sceny Werter-Charlotta, każda tworząca rdzeń jednego z czterech aktĂłw, miały w wykonaniu pary Żytyńska-Jagde ogromną siłę wyrazu. Jako zakochana w Werterze Zofia, całkowicie przez niego ignorowana, w koloraturowej partii dającej jakże pożądany kontrast do dominującego w tej operze liryczno-elegijnego tonu, bardzo efektownie zaprezentowała się Małgorzata Olejniczak. Szlachetne i zrĂłwnoważone było brzmienie głosu Marcina Bronikowskiego w barytonowej partii Alfreda. Z wyczuciem stylu prowadził przedstawienie włoski kapelmistrz Roberto Tolomelli, ktĂłry też ładnie wyeksponował świetne fragmenty orkiestrowe - preludia i interludia (dramatyczne preludium do IV aktu pewnie musiało cieszyć się powodzeniem w epoce niemego kina).

Inscenizacja przygotowana przez Hiszpana Ignacio GarcĂę daleka jest od ekstrawagancji nowoczesnego teatru reżyserskiego. To raczej "opera babci i dziadka" po udanym liftingu, poprowadzona kulturalnie i z dbałością o prawdopodobieństwo psychologiczne i... przyrodnicze, z przekonującą wizualizacją pĂłr roku: mamy tu nawet deszcz i śnieg, Jedyny element przypominający o praktykach wspĂłłczesnej "Regieoper" to kostiumy, inspirowane modą z czasĂłw... Republiki Weimarskiej (Kornelia Piskorek). Scenografia, ktĂłrą zaprojektowała Hiszpanka CarmiĹa Valencia Tamayo pomaga też unaocznić wymianę lub wspĂłłwystępowanie rĂłżnych planĂłw akcji. Ażurowa konstrukcja domu ma ponoć symbolizować uwięzienie Charlotty w kręgu obowiązku, konwenansu i lojalności. Zabudowa sceny najefektowniej "gra" w finale, kiedy to na jej dolnym poziomie umiera Werter na rękach Charlotty, na gĂłrnym zaś dzieci pod opieką Sędziego śpiewają kolędę, ktĂłrej uczyły się w pierwszej scenie opery ("zaokrąglenie" formy, po mistrzowsku wykoncypowane przez kompozytora). Doskonała reżyseria światła i projekcje (Bogumił Palewicz) dopełniają listę wizualnych atrakcji tego przedstawienia.

"Pourquoi me rĂŠveiller?" - śpiewa Werter słowami Osjana-MacPhersona. "Po cĂłż mnie budzisz, powiewie wiosny?". Można się tylko cieszyć, że obudzono do życia na polskiej scenie operowej czarujące dzieło. Teraz należałoby zapytać o Manon. Może ją też ktoś obudzi?

Jules Massenet Werther. Kierownictwo muzyczne: Roberto Tolomelli, reżyseria: Ignacio GarcĂa, dekoracje: CarmiĹa Valencia Tamayo. Premiera w Teatrze Wielkim w Poznaniu 27 marca 2010.

OLGIERD PISARENKO

fot. Malgorzata Chrastek